Świat teatru nie widział tak zręcznego uwodziciela. Walter Ulmann nie szokował reżyserią teatralną, ale sposobem prowadzenia teatru jako takiego. Przez jednych znienawidzony, przez drugich okrzyknięty genialnym ryzykantem. Jedno jest pewne – taką miłość do teatru trudno wyrazić słowami.
Trzy dni temu minęła 75. rocznica śmierci Roberta Musila. Autor Człowieka bez właściwości parał się nie tylko wielką, egzystencjalną prozą – pisał również sztuki teatralne. Inscenizację jego dramatu w trzech aktach, Marzycieli, realizowało wielu miłośników teatru (m.in. Krystian Lupa). Był wszak jeden jedyny teatralny rewolucjonista-esteta, który zostawił w tyle najbardziej zagorzałych czcicieli rozkosznej Melpomeny – Walter Ulmann. Znany pod pseudonimami Dr. Jo Lherman bądź Dr. Gaston Oulmàn urodził się w Wiedniu w roku 1898. Uznany w Republice Weimarskiej za jednego z „wybitniejszych” hochsztaplerów, opętany żądzą wystawiania sztuk teatralnych, rozpoczął karierę od tajemniczo zdobytego tytułu doktora. W maju 1923 roku podjął współpracę z późniejszym dyrektorem teatru w Lipsku, Paulem Lewittem, z którym udało mu się powołać do życia tzw. „Cykl współczesnej dramaturgii”, który skądinąd okazał się wyśmienitym strzałem w dziesiątkę. O jego wielkim sukcesie pisał sam Alfred Döblin, przedstawiając czytelnikom praskiego dziennika „osobę szczerze oddaną sztukom żyjących autorów”. W późniejszych latach, wystawiając aktorom czeki bez pokrycia, kusił publiczność (już we własnym teatrze „Theatr”) sztukami, w których stawiał na rozwiązania sceniczne podejrzane u innych reżyserów – Konstantina Stanislawskiego i Alexandra Tairowsa. Wystawiał ponadto sztuki Jamesa Joyce’a i Paula Claudela. Po ujawnieniu jego prawdziwej tożsamości, gdy dopadły go demony przeszłości, pracował jako dziennikarz radiowy i wydawca. Przebywał w Stambule. Miał za sobą dość poważny, „nazistowski” romans. Po wojnie pracował na stanowisku directeur politique w radiu Saarbrücken. Nie zabawił jednak tam długo. Wyjechał do Paryża, gdzie próbował założyć agencję prasową. Tam zmarł. We wspomnieniach Jo Lherman przywoływany jest jako mężczyzna z garbatym nosem – niski, cherlawy, z brudnymi dłońmi. Dla Hansa Sahla, niemieckiego krytyka teatralnego i filmowego, był „ryzykantem, mieszanką idealisty i oszusta”, dla Alfreda Dreyfussa z kolei „sympatycznym naciągaczem”.
Poniżej przedstawiamy artykuł-recenzję z przedstawienia Marzyciele opublikowany w dzienniku Le Figaro 12 kwietnia 1929 roku. Krótkim wstępem, niejakim kontrapunktem do poniższego tekstu, niech będzie recenzja sztuki wystawiona przez znawcę twórczości Roberta Musila – Walthera Petry’ego:
Reżyser, eksperymentator bez najmniejszego, profesjonalnego obycia, ze skłonnością do trudnej, współczesnej literatury problemu nie ma pojęcia o jej istocie. Jego interpretacja Marzycieli była bezsensowna. […] Grupa aktorów miast ożywiać – zabijała.
Spektakl nieoczywisty
Ku wielkiemu zdziwieniu pana Roberta Musila, utalentowanego, przedwojennego autora, któremu zawdzięczamy powieści, nowele i kilka wydrukowanych sztuk teatralnych, wystawiono w Berlinie, mimo jego sprzeciwu, dramat opublikowany osiem czy dziewięć lat temu, który bardziej nadaje się do czytania niż do wystawiania. Mowa o Marzycielach. Ta wyjątkowa inscenizacja została zrealizowana w Teatrze Miejskim pod nieoczywistą i dość nieregularną dyrekcją reżysera, pana Jo Lhermanna, który jest niewątpliwie najciekawszym indywiduum na świecie parającym się teatrem.
Jego przypadek jest niezwykle ciekawy. Od wielu miesięcy nikt nic o nim nie słyszał, a to z prostej przyczyny – był w więzieniu. Przydarzyło mu się to nie pierwszy raz. Jeśli teatr nie bezpośrednio jest tego przyczyną, to trzeba przyznać, że jego pasja do sztuk dramatycznych ma tu coś na rzeczy. Szaleńczo zakochany w teatrze chce za wszelką cenę wystawiać sztuki. By osiągnąć swój cel zdarza mu się na przykład sprzedać za gotówkę wagon-cysternę do przewozu wina kupiony kredyt, którego nigdy nie miał zamiaru spłacić. Za zdobyte pieniądze wystawia sztuki, zawsze z artystycznym smakiem i inteligencją, choć nigdy nie troszcząc się o zgodę autora dramatu na inscenizację, nierzadko grożącego konsekwencjami prawnymi.
Tak też się stało w zeszłym roku z tłumaczeniem Tancerzy gigi autorstwa Belga Henriego Soumagne’a z repertuaru Teatru Dzieła. Nie było możliwości powstrzymania reżysera przed wystawieniem sztuki w Berlinie. Sąd bowiem może zakazać przedstawienia dopiero po premierze, sztuka zaś zgodnie z zapowiedzią miała być pokazana tylko raz. Aktorzy, którym obiecuje się skromne gaże, najczęściej nie dostają żadnej zapłaty z powodu braku pieniędzy. Spektakle bywają też i odwoływane, gdyż Jo Lhermann nie reguluje czynszu za wynajem sali. Ale jednak zawsze w końcu mu się udaje, po czym najczęściej znika nie zawsze z przyczyn zależnych od jego woli.
Kocha on jednak teatr dogłębnie, służy mu całym sercem – zawsze znajduje aktorów i to nie najpośledniejszych, którzy godzą się dzielić jego trud.
Sztuka pana Musila nie jest dobrą sztuką do wystawiania na scenach teatralnych. To historia marzyciela o wielorakich tożsamościach. Wedle potrzeby, Anzelm, raz jest mnichem, raz miłośnikiem sztucznych rajów, raz bogaty, raz biedny, raz szlachetnie urodzony, raz z plebsu, ukazując za każdym razem swoisty fakiryzm swojego charakteru. A mimo to przyciąga do siebie nie tylko kobiety, ale też dość biernego i nie lubiącego go towarzysza Tomasza. Ten nie może się od niego oderwać: „Znajdujesz towarzysza, a widzisz podstęp. Odkrywasz podstęp, a widzisz towarzysza”. Dramat jest pełen abstrakcyjnych powiedzeń burzących inscenizacje, ale sztuka jest dobrze wyreżyserowana, a aktorzy są najlepsi z możliwych.
M.L

