W poszukiwaniu Trakla i Wittgensteina przenosimy się do Krakowa. O zgoła odmiennych, a jednocześnie sprzężonych ze sobą losach dwóch mężczyzn, których wojna rzuciła na front wojenny do Galicji, o ich wizji krainy „mniej realnej, a bardziej fantazmatycznej”, jak również o twórczości polskich poetów wspominających austriackich geniuszy słowa opowiada dr Tomasz Wójcik.
Chociaż w sensie politycznym Galicja jako część monarchii austro-węgierskiej przestała istnieć w roku 1918, jej rozpad był w istocie procesem znacznie dłuższym. W procesie tym szczególne znaczenie miał rok 1914. W jego ostatnich – jesiennych – miesiącach właśnie na terenie Galicji utworzył się jeden z najważniejszych, a w swoich skutkach jeden z najbardziej tragicznych frontów pierwszej wojny światowej. Monografista tego tematu, Juliusz Bator, określa całość działań na tym froncie jako „wojnę galicyjską”. W niedotkniętej przez kilka dekad żadnymi wojnami Galicji – niedotkniętej zresztą tak jak cała Europa, ciesząca się pokojem od wojny francusko-pruskiej, czyli od 43 lat – utworzenie frontu i trwające wiele miesięcy walki były prawdziwą katastrofą. Nie tylko zresztą w perspektywie ostatnich dekad, ale również – jak zauważa Juliusz Bator – w całej historii tych terenów:
Ze wszystkich zmagań, jakie w ciągu ostatniego tysiąclecia dotknęły Małopolskę i sąsiadującą z nią Ruś Halicką, określane łącznie na przełomie XIX i XX wieku Galicją i Lodomerią, najbardziej krwawymi i niszczącymi okazały się te z 1914 i 1915 roku, gdy w początkowym okresie wojny, nazywanej już wtedy wielką lub światową, starły się ze sobą w śmiertelnej walce monarchia Habsburgów i imperium Romanowów. Ogromne straty w ludziach były spowodowane nie tylko zupełnym niedostosowaniem tradycyjnej XIX-wiecznej strategii i taktyki bojowej do nowoczesnych środków niszczących wynalezionych w ostatnich dziesięcioleciach tego wieku (karabin maszynowy, artyleria wielkokalibrowa i szybkostrzelna, masowe użycie granatów zaczepnych i obronnych itp.), ale i determinacją obydwu walczących stron, usiłujących za wszelką cenę zrealizować swe cele militarne.
Można dodać, że właśnie podczas kolejnych bitew szybko przesuwającego się frontu galicyjskiego pierwsza wojna światowa – by tak rzec – uczyła się samej siebie. Uczyła się w tym sensie, że tradycyjne, jeszcze dziewiętnastowieczne myślenie o strategicznym prowadzeniu wojny (chociażby eksponowana rola piechoty na otwartej przestrzeni) zderzało się – tragicznie w skutkach dla obu walczących stron – z zastosowaniem nowowynalezionych rodzajów broni. Rezultatem było kilkaset tysięcy rannych i poległych na froncie galicyjskim.
Taki jest kontekst dwóch epizodów, które w skali całego tego frontu były (są) rzeczywiście tylko epizodami. Każdy z nich wiąże się jednak z postacią tak ważną w kulturze (sztuce, myśli) schyłkowego okresu monarchii austro-węgierskiej, że nabrały dla dziejów tej kultury szczególnego i symbolicznego znaczenia. A równocześnie w epizodach tych w równie szczególny i symboliczny sposób wyraził się proces rozpadu Galicji jako formacji polityczno-kulturowej, proces, który – przynajmniej politycznie – zamknął rok 1918.
Na razie jednak jest jeszcze rok 1914, pamiętny sierpień tego roku. Na front galicyjski wyrusza z Innsbrucka Georg Trakl, a z Wiednia – Ludwig Wittgenstein. Chociaż podczas jesiennych miesięcy 1914 roku miejsca ich pobytu w Galicji nie były oddalone, pomimo czynionych starań nie dane było im się spotkać. To niespełnione spotkanie dokonało się po wielu latach – i w zupełnie inny sposób. Miało (ma) miejsce w nielicznych wierszach polskich poetów, którzy podjęli rozmowę z Traklem i Wittgensteinem. Poetyckie zapisy tej rozmowy są równocześnie opowieściami o zmierzchu Galicji, początku jej końca – tego zmierzchu, którego świadkami i uczestnikami byli jesienią 1914 roku Trakl i Wittgenstein.
Tadeusz Różewicz
Moim zamiarem nie jest oczywiście całościowa rekonstrukcja ich galicyjskich doświadczeń. Uczynili to możliwie najszczegółowiej biografowie Trakla i Wittgensteina. Przypomnę te doświadczenia tylko w takim zakresie, na jaki wskazują przywołujące je wiersze polskich poetów. Ich autorami są Tadeusz Różewicz i Jarosław Marek Rymkiewicz.
Uwagę chcę poświęcić przede wszystkim wierszowi Różewicza Tajemnica filozofa pochodzącemu z tomu szara strefa. Wiersz rozpoczyna się cytatem z dziennika Wittgensteina przytoczonym w języku oryginału i „przepisanym” mową wiązaną:
ich werde von Zeit zu Zeit
zum Tier – dass kann ich
an nichts denken als an
Essen, Trinken, Schlafen
Furchtbar!
wyznał to
w swoich tajnych dziennikach
filozof
Jak wiadomo, w latach 1914-1916 Wittgenstein w trudnych warunkach wojennych prowadził dziennik, a raczej dwa równoległe dzienniki: jawny (jego zapisy stały się podstawą wydanego kilka lat później Traktatu logiczno-filozoficznego) i – na odwrotach stron – tajny, zaszyfrowany, zakodowany (w którym filozof notował kwestie prywatne, osobiste, intymne). Cytat otwierający wiersz Różewicza nie pochodzi z okresu galicyjskiego, lecz z roku 1916, gdy Wittgenstein walczył na froncie utworzonym na linii Karpat. Zapisany przez Różewicza mową wiązaną fragment brzmi w polskim przekładzie następująco: „Od czasu do czasu staję się zwierzęciem. Wtedy nie mogę myśleć o niczym prócz jedzenia, picia i spania. Straszne!”
Jesienią 1914 roku sytuacja filozofa była zasadniczo inna. Opowiada o niej fragment prawie zamykający wiersz:
ochotnik Wittgenstein
służył na stateczku „Goplana”
stateczek ten pływał jeszcze
między Krakowem i Sandomierzem
po drugiej wojnie światowej
kiedy byłem studentem
a może mi się to tylko śniło?
„Goplana” z wielkim kołem łopatkowym
Der Wachschiff „Goplana”
Tak rzeczywiście było. Pierwszym przydziałem Wittgensteina – żołnierza 2. Regimentu Artylerii Fortecznej – była w Galicji służba na statku patrolowo-transportowym o tej właśnie nazwie. Zbudowana przez firmę austriacką w 1895 roku SMS „Goplana” pływała początkowo (od roku 1900) jako statek pasażerski po Wiśle (pomiędzy Warszawą i Sandomierzem). Jak podaje Juliusz Bator, w sierpniu 1914 roku została zarekwirowana przez armię rosyjską, a następnie odebrana przez Austriaków i we wrześniu wcielona do austro-węgierskiej Flotylli Wiślanej:
W ofensywie wyprzedzającej i późniejszych walkach odwrotowych brała też udział (wspierająco) niewielka austro-węgierska Flotylla Wiślana. Tworzyły ją zarekwirowane i uzbrojone statki należące do Zarządu Regulacji Rzek (…). Statki i motorówki Flotylli pływały pod banderą Marynarki Wojennej. (…) Działania Flotylli Wiślanej stanowiły więc dość barwny i ciekawy epizod, niemający jednak zasadniczego wpływu na przebieg działań wojennych.
Dodatkowo uzbrojona i opancerzona „Goplana” wykonywała na Wiśle zadania rozpoznawcze i pełniła funkcje zaopatrzeniowe. Służba Wittgensteina polegała na nocnej obsłudze reflektora. Być może chwile zbawiennej samotności i ocalającego wyciszenia – relacje filozofa z załogą statku, zwłaszcza z prostymi szeregowymi żołnierzami układały się niedobrze, właściwie wrogo – sprzyjały namysłowi filozoficznemu. W tle tych medytacji znajdowała się Galicja widziana przez Wittgensteina jeszcze nie od strony walk frontowych, lecz od zaplecza czy tyłów frontu. Dzikie, nieuregulowane, lecz – szczególnie nocami – względnie spokojne brzegi Wisły mogły dawać złudne poczucie, że katastrofa wojenna jest daleko. W istocie – choć nie w bezpośrednich walkach – filozof od przybycia do Krakowa na początku sierpnia 1914 roku (pozostał w tym mieście do sierpnia roku następnego) znajdował się w jednym z najważniejszych miejsc początkowych miesięcy pierwszej wojny światowej. Tak ówczesną sytuację Wittgensteina opisuje jego biograf – Ray Monk:
Regiment Wittgensteina był częścią I Armii Austriackiej i tym samym został uwikłany w jedną z najbardziej absurdalnych i niekompetentnych kampanii pierwszych miesięcy wojny. Rosyjskie i austriackie dowództwo realizowało strategię opartą na złudzeniach (…) Tak czy inaczej, podczas tej chaotycznej i bezowocnej kampanii galicyjskiej zginęło 350 000 z 900 000 ludzi znajdujących się pod komendą Conrada. (…) Nawet jeśli podczas tych pierwszych kilku miesięcy [filozof] widział jakieś walki, nie wspomina o tym w dzienniku. Czytamy natomiast o wielkich bitwach, o których Wittgenstein słyszał, ale których nie oglądał (…).
Tak „wielką bitwę” „oglądał” natomiast inny bohater wiersza Różewicza. Wittgenstein nie jest bowiem jego jedynym bohaterem. W zakończeniu pojawia się ponownie niemieckojęzyczny cytat:
In Krakau
Trakl vor wenigen Tagen
gestorben ist
Ten końcowy fragment wiersza przywołuje drugiego z uczestników wojny galicyjskiej: Georga Trakla. Nie potrafię wskazać źródła cytatu, rozstrzygnąć, czy pochodzi z dziennika Wittgensteina (jego zaszyfrowanej części), czy z listu filozofa do wydawcy i opiekuna poety – redaktora pisma „Der Brenner” Ludwiga von Fickera – czy może z jeszcze jakiegoś innego miejsca.
Ludwig Wittgenstein
Aby właściwie odczytać to zdanie – właściwie, to znaczy w wyjaśniających je kontekstach – trzeba niejako cofnąć się w czasie. Jeśli na względnie bezpieczną „Goplanę” docierały tylko wiadomości o walkach i bitwach frontowych, to Trakl jako farmaceuta wojskowy znalazł się w samym centrum tych walk. Tym centrum była jedna z najkrwawszych i najbardziej zaciętych bitew wojny galicyjskiej – trwająca od 6 do 11 września na linii rzeki Wereszycy bitwa pod Rawą Ruską – Gródkiem (Jagiellońskim), która stanowiła decydującą fazę bitwy pod Lwowem. Tak opowiada o niej Juliusz Bator:
Druga bitwa lwowska, zwana też czasem niewłaściwie bitwą pod Rawą Ruską, należy niewątpliwie do najciekawszych operacji I wojny światowej. Podjęta przez dowództwo cesarsko-królewskie w bardzo trudnej sytuacji, bezpośrednio po załamaniu się pierwotnego planu strategicznego i oddaniu ważnego ośrodka politycznego [Lwowa] nieprzyjacielowi, zdumiewa do dziś rozmachem i śmiałością założenia. Świadczą one jak najlepiej o zdolnościach wojskowych Conrada von Hotzendorfa i o duchu żołnierzy austro-węgierskich. Historia wojskowości nie notuje bowiem, poza tą bitwą, podjęcia szeroko zakrojonej akcji ofensywnej w tak krótkim czasie po poniesionej porażce.
„Szczytowym dniem” tej bitwy, która zamieniła się w „tak charakterystyczną dla I wojny światowej ponurą rzeź”, był 11 września. Juliusz Bator następująco podsumowuje jej znaczenie militarno-polityczne: „W ten sposób rokująca wielkie nadzieje druga bitwa lwowska dobiegła końca, grzebiąc szansę na szybkie odzyskanie stolicy Galicji. (…) Druga bitwa lwowska zakończyła pierwszy etap walk na froncie galicyjskim.”
To właśnie bitwie pod Rawą Ruską – Gródkiem (Jagiellońskim) towarzyszyła jednostka Trakla – szpital polowy 7/14. Andrzej Lam podaje, że „w pobliskiej szopie Trakl doglądał prawie stu ciężko rannych żołnierzy, pozbawionych lekarza i medykamentów”. Bardziej szczegółowo rekonstruuje sytuację poety podczas tej bitwy Krzysztof Lipiński:
Kolumna sanitarna z Innsbrucka oczekiwała na przydział odpowiednich zadań. (…) Cały dzień trwały zażarte walki o niewielki lasek położony w pobliżu miejscowości Mszana, który kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk. Wereszyca, niewielki przecież potok, wypełniła się ciałami poległych. (…) Rannymi opiekowały się lazarety polowe, organizowane naprędce, w pospiesznie przystosowanych pomieszczeniach. W Gródku Jagiellońskim, w pobliżu Rynku, znajdował się w drewnianej szopie jeden z takich właśnie przyfrontowych szpitali, w którym Trakl miał pod opieką dziewięćdziesięciu ciężko rannych i umierających żołnierzy, bez żadnej pomocy medycznej, bez lekarstw, bez nadziei na ratunek. Nieszczęśnicy konali w mękach. Ten i ów korzystał z faktu, że nie odebrano mu broni i sam kładł kres cierpieniu. (…) Obco i pusto wyglądał rozległy rynek miasteczka, niskie domki i zamknięte na głucho biedne sklepiki. Ulice prowadziły ku zagładzie. (…) Bitwę przegrano nieodwołalnie.
Poetyckim wyrazem i świadectwem tych okrutnych doświadczeń stał się – do czego jeszcze powrócę – wiersz Gródek – jeden z najwybitniejszych i zarazem najsłynniejszych utworów poety. Po bitwie droga Trakla wraz z wycofującymi się oddziałami prowadziła przez Limanową. Na początku października poeta trafił na obserwację psychiatryczną do szpitala garnizonowego w Krakowie, w którym zmarł na początku listopada.
W traktującej o śmierci Trakla puencie wiersza Różewicza łączą się doświadczenia dwóch jego bohaterów. Ten poniekąd wspólny czy raczej równoległy fragment ich biografii odtwarza Ray Monk:
(…) armia austriacka była właśnie w trakcie chaotycznego, bezładnego odwrotu. „Goplana” płynęła z powrotem w stronę Krakowa (…). Zanim dotarli do Krakowa, Wittgenstein otrzymał wiadomość od poety Georga Trakla, który w tym czasie przebywał tam w szpitalu wojskowym jako pacjent oddziału psychiatrycznego. Wittgenstein dowiedział się już wcześniej o sytuacji Trakla od Fickera, który odwiedził poetę w Krakowie i stamtąd napisał do Wittgensteina, prosząc go, by złożył mu wizytę. Według Fickera, Trakl czuł się niezmiernie samotny, a nie znał w Krakowie nikogo, kto mógłby go odwiedzić. (…) Wittgenstein był zachwycony tym zaproszeniem, szczególnie ze względu na swe obecne towarzystwo (…). 5 listopada, kiedy „Goplana” wreszcie zawinęła do Krakowa, „drżeniem” napełniały Wittgensteina „nadzieja i oczekiwanie na spotkanie z Traklem” (…) Następnego dnia, gdy Wittgenstein pospieszył do szpitala, dowiedział się, że było naprawdę za późno: Trakl zabił się nadmierną dawką kokainy 3 listopada 1914 roku, zaledwie dwa dni przed przybyciem Wittgensteina. Wittgenstein był zdruzgotany: „Wie traurig, wie traurig!!!” [„Jakie to smutne, jakie smutne!!!”] to jedyne słowa komentarza, jakie potrafił z siebie wykrzesać.
Trakl, który wysłał do Wittgensteina kartkę z prośbą, by filozof odwiedził go w krakowskim szpitalu, nie doczekał spotkania, choć Wittgenstein skwapliwie podjął ten zamiar. „Goplana”, która z przeszkodami płynęła w kierunku Krakowa, dotarła bowiem za późno – Wittgenstein spóźnił się o trzy dni. W liście do Fickera napisał: „Wczoraj w nocy tu przyjechałem i dzisiaj rano otrzymałem w szpitalu garnizonowym wiadomość o śmierci Trakla. Jestem wstrząśnięty; chociaż go nie znałem!”. Ostatni fragment wiersza Różewicza opowiada zatem o pustym i milczącym miejscu niedokonanego zdarzenia – o niespełnionym spotkaniu filozofa i poety w szczególnej atmosferze pierwszych miesięcy wojny.
Georg Trakl
Ale Wittgenstein nie tylko nie znał i nie poznał osobiście Trakla. Nie znał także – jak wyznał w innym liście do Fickera – jego twórczości poetyckiej: „Dziękuję za przysłanie wierszy Trakla. Nie rozumiem ich, ale ich ton mnie uszczęśliwia. To jest ton prawdziwie genialnego człowieka.” Ten osobliwy „ton” – by użyć określenia filozofa – rozbrzmiewa w wierszach Trakla napisanych na przełomie lata i jesieni 1914 roku. Utrwalone w dwóch wierszach „obrazy wojny” narodziły się „nie pod wrażeniem konkretnej rzeczywistości, były raczej wizją wykreowaną z wyobraźni”. Jeszcze w Innsbrucku – w sierpniu tego roku – powstał wiersz pod profetycznym tytułem Na Wschodzie, w którym wyraziły się przeczucia nadchodzącej katastrofy – zbliżającej się „purpurowej fali bitwy”:
Brwią rozerwaną, ramieniem srebrnym
Wieje gasnącym żołnierzom noc.
W cieniu jesiennego jesionu
Łkają duchy pokonanych.
Już w Galicji – we wrześniu – poeta ułożył wiersz Skarga:
Sen i śmierć, posępne orły
Szumią nocą nad tą głową:
(…)
Pryska purpurowe ciało
I ciemny głos się skarży
Tę sekwencję wierszy zamyka najbardziej znany z nich – ostatni wiersz Trakla Gródek napisany w czasie odwrotu armii austriackiej prawdopodobnie na przełomie września i października:
Wieczorem grają jesienne lasy
Śmiertelną bronią, złote równiny
I modre stawy, nad nimi słońce
Toczy się smętniej; noc ogarnia
Rannych żołnierzy, dziką skargę
Ich ust porozrywanych.
Lecz cicho zbierają się na dnie łąk
Czerwone chmury, gdzie gniewny Bóg mieszka
Przelana krew, księżycowe chłody;
Wszystkie drogi uchodzą w czarną zgniliznę.
Pod złotym listowiem nocy i gwiazd
Cień Siostry się słania przez gaj milczący,
By witać duchy bohaterów, krwawiące głowy;
I cicho grają w trzcinie ciemne flety jesieni.
O smutki dumniejsze! wy spiżowe ołtarze
Gorący płomień ducha syci dziś ból ogromny,
Nienarodzone wnuki.
To właśnie te wiersze poznał Ficker podczas spotkania z Traklem w krakowskim szpitalu garnizonowym pod koniec października. Spotkanie to opisał w poświęconym poecie tekście wspomnieniowym:
I teraz przeczytał mi Trakl cicho, powściągliwym, zwyczajnym głosem, jaki był mu właściwy, dwa wiersze: „Skargę” i „Gródek” – ten drugi, który miał się stać jego wierszem ostatnim, jeszcze w wersji, gdzie zakończenie, wizja losu nienarodzonych wnuków, było nieco szersze i nie wykazywało jeszcze tego nagłego perspektywicznego skrótu, sprawiającego wrażenie, jakby spojrzenie Trakla się załamało i odwróciło od świata.
Krzysztof Lipiński przypomina, że „według relacji Fickera pierwotna wersja wiersza zawierała refleksję na temat losu nie narodzonych wnuków. Wysyłając ostateczną wersję manuskryptu Trakl zdecydował się jednak na milczenie.”Szczególny „ton” rozbrzmiewa nie tylko w ostatnich wierszach Trakla, ale również w jego liście do Fickera wysłanym z Limanowej na początku października:
Mamy za sobą cztery tygodnie bardzo wyczerpujących marszów przez całą Galicję. Od dwóch dni wypoczywamy w małym miasteczku w zachodniej Galicji wśród łagodnych i pogodnych wzgórz i pozwalamy sobie na nieco spokoju po wszystkich wielkich wydarzeniach ostatniego czasu.
To właśnie w tym „tonie” Trakl zapisywał odchodzenie Galicji. Tak jak Wittgenstein oglądał z pokładu „Goplany” spokojne i niedotknięte przez wojenną katastrofę brzegi Wisły, tak Trakl kontemplował „łagodne i pogodne wzgórza” wokół Limanowej, które były miejscem wyciszenia i schronienia po niedawnych doświadczeniach. Ale – by rzec metaforycznie – nad Galicją zapadał już wieczór, zapadała noc. Nadchodziła – jak w wierszu Gródek – jesień. Tę aurę, ten – by powtórzyć – utrwalony w wierszu „ton” próbuje wydobyć Krzysztof Lipiński w swojej interpretacji Gródka, uznanego za „poetycko przetworzony obraz bitwy”:
Przeżycia z Gródka znalazły swój wyraz poetycki. (…) „Gródek” to ostatni wiersz Trakla, powstały pod wrażeniem apokaliptycznych przeżyć galicyjskiego piekła wojny, lazaretów pełnych rannych i umierających żołnierzy, odwrotu wśród deszczu, błota i rodzącej się paniki. Napisany został prawdopodobnie gdzieś między Gródkiem a Limanową, a więc jeszcze „w polu”, jak to określił poeta w rozmowie z Fickerem, w atmosferze klęski i niepewności oraz rodzących się myśli samobójczych. (…) konfrontacja języka poetyckiego z rzeczywistością wojny nie pozostała bez śladu. (…) I tutaj dochodzimy do zasadniczej kwestii interpretacyjnej, a mianowicie pytania, czy konkretna rzeczywistość bitwy pod Gródkiem wpłynęła w jakikolwiek sposób na kształt wiersza. (…) W istocie (…) stosunek zdarzeń i topografii pola bitwy do rzeczywistości ukazanej w wierszu niewątpliwie istnieje. (…) Bitwa pod Gródkiem była bitwą artyleryjską, a przewaga Rosjan o ok. 800 dział rozstrzygnęła o jej wyniku, mimo iż Austriacy ściągnęli dodatkowe baterie aż z krakowskiej twierdzy. Do tego właśnie faktu odnosi się pierwsze zdanie wiersza, wydobywające na samym początku element akustyczny – huk dział, owej broni, która istotnie okazała się mordercza. Następne wersy zawierają elementy topografii pola bitwy – przepływająca w pobliżu Gródka rzeka Wereszyca tworzy łańcuch jezior, stanowiących podczas bitwy podstawę linii oporu, ku północy otwiera się rozległa równina. Czas bitwy to początek września – lasy przybrały już jesienną barwę. Właśnie taki jesienny las w pobliżu Mszany stał się przez cały wieczór jednego z bitewnych dni miejscem krwawych zmagań. W korycie Wereszycy leżały stosy zabitych i rannych, niektórzy żyli jeszcze i wołali o pomoc. (…) Nienarodzone wnuki nie opowiedzą o losach swych dziadów. Po urwanym wersie zostaje jedynie pustka. W ostatnim wierszu język poetycki Trakla osiągnął jakby „drugi stopień” umistycznienia, słowa nabrały klasycznej mocy, przypominającej hymny Holderlina (…).
Przybysze z innych stron monarchii – z jej metropolii: Innsbrucka, Wiednia – musieli w szczególny sposób doświadczyć uroku jej nieznanej im dotychczas północno-wschodniej prowincji. Najpierw – jak zauważa Krzysztof Lipiński – „piękny był wczesnojesienny krajobraz nietknięty wojną, tym piękniejszy w przeczuciu mających nastąpić wydarzeń”. I dlatego tym dotkliwiej, tym bardziej dramatycznie musieli przeżywać katastrofę, która na ten krajobraz, na tę prowincję, na ten świat spadła. To z tego napięcia płynął szczególny „ton” ostatnich wierszy medykamentariusza Trakla. Nad galicyjskimi rzekami – Wisłą, Wereszycą – poeta i filozof tyle zobaczyli, ile przeczuli, że to początek końca Galicji, zapowiedź jej kresu, a wraz z nim – schyłku pewnego świata. Zapisane przez nich świadectwa – chociaż tak wyraźnie zanurzone w konkretnych i dramatycznych okolicznościach historycznych – odsłaniają swoiste pęknięcie, z którego wyłania się Galicja już mniej realna, a bardziej fantazmatyczna. Bo czyż takim fantazmatycznym śladem nie jest chociażby statek rzeczny o baśniowej w dodatku nazwie „Goplana”?
Dlatego Różewicz daremnie docieka w swoim wierszu, czy „po drugiej wojnie światowej” „Goplana” pływała jeszcze po Wiśle w okolicach Krakowa, czy może był to tylko jeden z jego snów o Galicji. I dlatego Jarosław Marek Rymkiewicz w należącym do tomu Do widzenia gawrony wierszu Ludwig Wittgenstein odpływa, który przypomina fragment galicyjskich doświadczeń filozofa, najwyraźniej świadomie i celowo używa formy czasu teraźniejszego:
Wittgenstein płynie statkiem po rzece Vistula
(…)
Już odpływa Wittgenstein po rzece Vistula
Wittgenstein „płynie”, „Goplana” „odpływa”. Płynie w pamięci, odpływa z pamięci. Jednak odpłynąć z niej nie może. Jak cała Galicja, której zmierzch wprawdzie rozpoczął się wczesną jesienią 1914 roku i szybko zamienił się w noc historycznej katastrofy, ale która równocześnie trwa nadal w formach ukrytych i fantazmatycznych. Tymi fantazmatami mogą być nazwy i przedmioty („Goplana”), mogą być miejsca i zdarzenia (Gródek). Dzięki nim Galicja po zapadnięciu zmierzchu wiedzie – nie tylko przecież pod piórami poetów i filozofów – swoje – by kontynuować tę metaforykę – nocne życie, swoją głęboko utajoną, lecz osobliwie trwałą fantazmatyczną egzystencję.
Wprowadzenie do tekstu austriart.pl.
Tomasz Wójcik
Profesor w Zakładzie Literatury XX wieku Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, członek jury Kapituły Literackiej Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida, redaktor naczelny dwumiesięcznika Przegląd Humanistyczny, specjalizuje się w XX-wiecznej poezji polskiej i literaturze porównawczej (francuskiej i niemieckojęzycznej).



